Ania z Wysp Zielonego Przylądka

Categories Blog

W końcu nie ma internetu i cieszy mnie to niesamowicie. Zdążyłam już zapomnieć, jak to jest stać w kolejce do budki telefonicznej, wypraszać od rodziców pieniądze na kartę, skracać smsy do 160 znaków, puszczać “strzałki” do przyjaciół, bo sekundowe naliczanie. Tu na Wyspach Zielonego Przylądka jest mi błogo i beztrosko.

Tutaj mogłabym zostać Anią z Wysp Zielonego Przylądka i pracować w szkole.

Jestem tu zaledwie dziesięć dni, jutro (2 stycznia 2019 roku) płynę dalej, więc żeby za miesiąc nie było, że nieaktualne wrzucam na szybko kilka bieżących przemyśleń i zdjęć. Całkowicie subiektywny wybór tematów, które mam nadzieję rozwinąć w dłuższe uporządkowane myśli podczas rejsu.

Kryzys, znowu kurczę kryzys

Pierwsze dni na Cape Verde są trudne. Rozpada się moja amerykańska załoga, mój dream team, z którym przypłynęłam tu z Las Palmas. Ken, poławiacz krewetek z Alaski, i Mike, windsurfer z Los Angeles, wylatują do domu na święta. Na łodzi zostaje Jeff, kapitan, któremu akurat daleko do mojej bratniej duszy. W dzień Wigilii decyduję się przenieść do hostelu. Święta spędzam samotnie. Daleko od domu, ale jednocześnie wśród palm i słonecznej plażowej atmosfery nie czuć zupełnie świątecznej atmosfery. Tak dziwnie wyglądają Święte Mikołaje, opatulone w ciepłe kożuchy i czapki, w ciepłym afrykańskim kraju. Zastanawiam się czemu nie mają na sobie kąpielówek i surferskich desek zamiast sań?

Smutny akapit bez zdjęć

Niby o tym wszystkim wiem, czytałam, słyszałam, oglądałam. Przypominam sobie jakieś zajęcia na temat na filozofii. Ale wiedzieć o tym, interesować się nawet, a stanąć z tym problemem twarzą w twarz to coś zupełnie innego.

[Hostel] Fabio, Włoch z Neapolu. W kuchni opowiada mi, że we Włoszech jest jego chora matka i od kilku miesięcy żyje w stresie z całą rodziną. Przyjechał, więc tutaj na kilka tygodni, odpocząć od tego. Dostał pieniądze od matki, i obietnice, że kupi mu dom, jeśli się ożeni. Bo ona bardzo by tego chciała, jako że niebawem umiera. To nie telenowela. To dzieje się naprawdę.

Starzy, młodzi, brzydcy, zakompleksieni Europejczycy, którzy przyjeżdżają tu ze swoimi pieniędzmi, bo wiedzą, że mogą za nie “kupić” młode, piękne ciemnoskóre dziewczyny. Ale i stare, młode Europejki, które wiążą się z o połowę młodszymi od nich przystojnymi, wysokimi, dobrze zbudowanymi mężczyznami. Przytłacza mnie to. Tym bardziej, że dzieje się to tak blisko mnie. Hostel, w którym mieszkam, gości nie tylko podróżników. Okazuje się, że niektórzy mieszkają tu tygodniami lecząc swoje problemy… (…)

Narwaniec emocjonalny

Nie wiem jak reagować? Ja narwaniec emocjonalny przecież. Nic się nie dzieje, ale jednak, emocjonalnie jestem wypompowana. Przytłacza mnie to wszystko i zadaję sobie pytanie, czy oby na pewno jestem na to gotowa. Tracę poczucie bezpieczeństwa, które zawsze miałam w Polsce wśród bliskich. Tutaj czuję, że muszę się z tym zmierzyć sama. Bo chłonę to wszystko jak gąbka.

Rany, przecież ja płaczę, nawet gdy płacze któryś z moich uczniów. Rozklejam się za każdym razem. Jak ja chcę pomagać…

Mały biznesman. Najpierw woła do Benua „photo, photo, photo”… chwilę później „dinero, dinero, dinero”.

I teraz podróż. Która oczywiście ma być rejsem przez Atlantyk, leżeniem w hamaku na Karaibach i trekkingiem w Patagonii. Ale przede wszystkim ma być spotkaniami z ludźmi. I tu na Wyspach zielonego Przylądka dociera do mnie w końcu, że oto to się dzieje, tu i teraz, i jestem w samym centrum, tego na co tak długo czekałam.

Siła i słabość

Moja emocjonalność to moja siła i moja słabość jednocześnie. Ale wcale nie chcę zastygać i być twardzielką. Biorę to wszystko na klatę. Szukam w tym wszystkim spokoju, chociaż nie jest łatwo, gdy nie wiem, gdzie spędzę kolejne noce. Jestem zestresowana i reaguję emocjonalnie. Zbyt emocjonalnie zapewne. Przez swoją dumę, upartość i niecierpliwość tracę bliską sobie osobę. I na kilka dni zamykam się w tym świecie bezpowrotnie.

Szukam spokoju, próbuję pisać, ale nawet słońce i i takie widoki nie pomagają…(…)

Po trzech dniach: ciach! “Świat nie kręci się wokół Twojej własnej dupy” zawsze raczy mi przypominać mój brat. I taka prawda, a ja znów o tym zapomniałam i ostatnie kilka dni chodziłam jak głupek pogrążona we własnych myślach i problemach. Zamiast otworzyć się na to, co wokół. Przepraszam Cię Mindelo. Nadrobię to.

Mindelo, drugie co do wielkości miasto na Wyspach Zielonego Przylądka, to również bezdomne psy. Leżą obojętnie na chodnikach w cieniu.

Kapowerdyjczycy są nieśmiali. Nawet dorośli. Ale zawsze uśmiechają się miło.

Któregoś dnia na ulicy zaczepia mnie student. Rogaldino tak mi się przynajmnej przedstawia. Nie prosi o pieniądze, więc nawet tego nie neguje. Idziemy razem do papierniczgo, kupuję mu zeszyty, o które prosi. Uświadamiam sobie, że wybiera droższy model z kolorowymi znacznikami i dziurkami do segregatora. Myślę sobie, że nawet ja takich nie miałam na studiach, ale co tam… Zapraszam go na kawę, odkrywając jednocześnie małą rodzinną kawiarenkę, do której w życiu sama bym nie trafiła. A do której wracam później wielokrotnie.

Happy End

Gdy wracam do świata, z nową siłą wracam też do portu i zaczynam poszukiwania łodzi po raz trzeci. Trwa to jeden dzień zaledwie, bo kontaktuje się ze mną polski Bartek. Przypływa na sąsiednią wyspę Sal, poznaje tam francuską załogę, którą właśnie opuścił jeden z załogantów. Przez dwa dni załoga Bartka i załoga mojego obecnego kapitana Phillipe cumuje obok siebie w małym porcie Palmeira. I przez te dwa dni również ja nawiązuje z nimi kontakt.

Zachód słońca w Mindelo. Tego dnia pomyślnie kończę negocjacje z moją nową załogą.

Gdy Phillipe i Benua dopływają do portu Mindelo, spotykamy się na porannej kawie we Floating Bar (tym bujającym barze przejściowym). Tym razem jest to 100 %. Odwiedzam łódkę, przepytuję ich jak uczniaków o kwestie bezpieczeństwa i organizacji rejsu. Gdy Bartek pyta mnie jak poszło, odpowiadam, że możlwe nawet, że ich wystraszyłam. Wieczorem spotykamy się jednak ponownie i negocjacje kończą się pomyślnie. Dla obydwu stron. Płyniemy razem.

Przygotowania do rejsu. Jak dobrze zawieje dopłyniemy do Gwadelupy.

Nowy łódka, nowy dom

Następnego dnia wprowadzam się na łódkę. Znów dostaję kajutę na prawej burcie. Tym razem bez generatora i śmierdzącego diesla. Czuję, że to będzie dobry rejs z dobrą załogą.

Szybko uczę się nowego rytmu na łodzi. Sjesta to sjesta.

W niedzielę wybieramy się na wycieczkę na sąsiednią wyspę Santo Antao. Powulkaniczną i niesamowicie zieloną. Tak inną od Sao Vicente. Spędzamy razem super dzień, trochę trekkingu, trochę szalonych podróży lokalnymi busami i najlepszy lunch pod słońcem w barze u Alfredo (lokalnie, ekologicznie, pysznie).

„Mama Celinka to moja łódź” 🙂 W porcie Santa Antao.
W drodze powrotnej z wycieczki. Phillipe zawsze na telefonie, ja i Benua, nasza śpiąca księżniczka.

Sylwester to trochę prac na łodzi, ale szybko uczę się francuskiego trybu dnia. Spokojnie, bez stresu, śniadanie, lunch, sjesta… Wieczorem crepsy kapitana z karmelowym sosem. Po amerykańskiej załodze, która zalewała wszystkie potrawy majonezem i ketchupem, czuję, że kulinarnie lepiej trafić nie mogłam. Gotuje głównie Benua, który uczy mnie przy tym niesamowicie dużo. (Po powrocie obiecuję zorganizować kulinarny wieczór francuski).

1 stycznia, głowa pęka, ale dzielnie uczę się francuskiego.

Sylwestrowa noc zaczyna się od crepsów na łodzi i zrzutkowej żeglarskiej kolacji we Floating Bar. Jednak najlepsze to roztańczony tłum na koncercie w mieście. Nie lubię wielkich zbiorowych imprez, ale tutaj czuję się wyjątkowo bezpiecznie. Kapowerdyjczycy są przyjaźni, zaczepiają nas, piją nasze zdrowie, polski Bartek uparcie próbuje wytłumaczyć im gdzie leży Polska i że wcale nie jesteśmy takim bogatym krajem. Jest tłum, ale nie jest to tłum agresywny i nachalny. Jeśli Kapowerdyjczycy mnie dotykają to nieśmiało szczypią w ramię. Zawsze z szacunkiem do mnie i mojego męża. Bo dla nich zawsze mężczyzna przy moim boku na pewno jest moim mężem. Także sporo ich już tu miałam 😉

Sylwester z załogą. Kapitan Phillipe, Ziemianka i Benua. Będzie wesoło.

Nowy rok, no stress

1 stycznia to naleśniki, nauka francuskiego i poszukiwania internetu, gdzie mogłabym na spokojnie zrobić wpis na bloga i załadować zdjęcia. Gdy to piszę nie wiem jeszcze, jak bardzo będę się wściekać z powodu zdjęć. A przecież na wszystkich koszulkach i czapkach “Cabo Verde No Stress”…

1 stycznia, z lekkim bólem głowy, szukam spokojnego miejsca, żeby złapać trochę internetu. Zamiast sieci łapię Bartka i zjadamy noworoczny obiad. Zupa, frytki, coca cola i lody czekoladowe. Wykwintnie 🙂
Najbardziej no stress jest polski Bartek. I dzięki mu za to.

Miało być krótko, wyszło jak zawsze… ale może w sam raz na luźną lekturę po sylwestrowej nocy. Kolejny wpis dopiero na Karaibach.

O przygodach francuskiej załogi można poczytać tutaj: La Transat de L’air du Temps Oczywiście, po francusku 😉

A jeśli chcecie do mnie napisać, gdy będę na oceanie, można użyć tej strony Iridium Messaging. Nie obiecuję, że odpiszę, bo wysyłanie wiadomości przez telefon satelitarny jest drogą przyjemnością. Ale na pewno będzie mi miło, gdy dostanę kilka słów (160 znaków) od Was 🙂

Krok numer 1

Po wejściu na stronę wybieramy: CONTACT.

Krok numer 2

Czytamy krótkie objaśnienie po francusku. Czyli: podczas naszego rejsu można przesłać nam darmową wiadomość na numer 881631554354… Dalsze objaśnienia pod kolejnym zdjęciem.

Krok numer 3

Kopiujemy numer 881631554354, wpisujemy swój adres mailowy i wiadomość (160 znaków). Później klikamy, że nie jesteśmy robotem i już. Send Message. Gotowe!
FacebookEmail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *