Pani problem, czyli Karaiby

Categories Blog

Pani problem spodobało mi się od razu! Pani problem po kreolsku oznacza “no problem” i to no problem towarzyszy mi każdego dnia. Łatwe, w odróżnieniu od francuskiego, i jeszcze ta “pani”. Czas zatrzymał się tutaj i bardzo mnie to cieszy. Najpierw nie mam internetu, później ginie mi telefon, ale zupełnie mnie to nie rusza. Dobrze mi tu.

Pani problem dotyczy również zdjęć. Ich wybór do tego wpisu jest przypadkowy, bo to jedyne zdjęcia, które udało mi się uratować. Jakość facebookowa.

Pani problem i no stress

No stress przykład pierwszy: Wypożyczalnia aut na Marie-Galante, jednej z gwadelupiańskich wysp. Właściciel otwiera ją rano, na chwilę przed przypłynięciem promu z turystami i zamyka chwilę po tym, jak obsłuży ostatniego porannego gościa. Wraca dopiero wieczorem odebrać kluczyki. To jest biznes. Pani problem i no stress. I tylko wkurzają się Europejczycy, że jak to! Bo nauczyliśmy się, że już chyba wszystko jest czynne 24/24 i 7/7.

Grenada. Dragon Bay. Plaża niedaleko nurkowej miejscówki z podwodnymi rzeźbami.

No nie jest to raj dla pracoholików

Ani nawet dla tych, którzy rzetelnie podchodzą do wykonywanej przez siebie pracy. Dla kogoś kto lubi konkretnie, szybko rzetelnie i na czas, może to być frustrujące. Wiadomo jestem w podróży, więc chwilowo mnie to nie dotyczy. Ale miałam przez chwilę pomysł aby osiedlić się tu na dłużej i nie wiem, no nie wiem…

Wyścig ślimaków

Wydaje mi się, że to tutejszy klimat i temperatury sprawiają, że szybko zapomina się, o znanym nam z Europy pojęciu “wyścigu szczurów”. Tutaj co najwyżej można pooglądać wyścig ślimaków 🙂 I może turyści się wściekają, że długo, że trzeba czekać, że miało być na wczoraj przecież… Ale ja zaczęłam się zastanawiać kto ma rację. I pewnie każdy swoją rację ma. Tutaj po prostu mają inne priorytety. I nie ma się co dziwić, że nie chcą zarzynać się w pracy, aby kupić kolejną zastawę czy wypasiony dywan, bo większość czasu i tak spędza się poza domem. Poza domem, czyli najczęściej na plastikowym krzesełku przed tym domem.

Taczkowanie w porcie Le Phare Blue na Grenadzie. Różne fuchy się łapie w podróży.

Budy, budki i lokalni biznesmani

Rozbraja mnie też ilość małych rodzinnych biznesów, czyli budek/sklepików/barów, których jedyny asortyment to często rum, piwo, papierosy, chipsy i orzeszki. Poważnie, czasami zagęszczenie tych budek jest większe niż domów w danej wiosce. Czyli pewnie co drugi Twój znajomy ma bar. Siedzi taki biznesmen cały dzień na plastikowym krzesełku, pije i pali to i owo, zagaduje do przechodniów, odwiedzają go znajomi, rodzina, dzieci. A później można powiedzieć, że było się cały dzień w pracy. Uwielbiam…

Czekanie

Praca jest ważna, ale nie najważniejsza. I tutaj naprawdę można się o tym przekonać. W ciągu dnia obowiązkowa sjesta. W piątki pracę kończy się wcześniej, często już o 12:00. W poniedziałki zaczyna się z kolei później. Nikt się nie spieszy, nikt się nie denerwuje, że na kogoś dłużej czeka. W drodze do pracy zawsze można spotkać znajomego i uciąć sobie miłą pogawędkę, nie przejmując się, że szef czeka, bo on też zapewne przyjdzie spóźniony.

Moja ulubiona budka na plaży Dragon Bay. Chwilę później graliśmy w kapsle.

Można też stać na przystanku, w upale przez dwie godziny i czekać na autobus. Nie ma rozpiski, nie ma kogo zapytać, jak przyjedzie to przyjedzie. Więc ludzie stoją, siedzą, rozmawiają przez dwie godziny i zupełnie się tym nie przejmują.

Karaibskie ceny

Plan był taki, że dopływam, robię pranie i lecę dalej. Wiedziałam, że jest drogo i że podczas mojej podróży zwyczajnie na Karaiby mnie nie stać. Ceny przerażają. I to jest osobny wątek, bo ceny są wyższe niż w Europie, naprawdę wysokie, turystyczne, skandaliczne, a zarobki poniżej średniej. Ponieważ Gwadelupa, na której spędzam większość czasu, to terytorium Francji obowiązuje euro. Euro, które rozchodzi się szybko. Wychodzę do sklepu po mleko, bagietkę i masło i już nie mam 10 euro. Jestem w podróży, więc oczywiście nauczyłam się już oszczędzać. Ale czasami chciałabym zjeść coś lokalnego, spróbować, posmakować. Niestety nawet w małej drewnianej budce, chwytam się za głowę.

Karaiby są drogie. Na szczęście słońce, Ocean i dżungla są darmowe.

Karaibskie jedzenie

Miały być świeże owoce morza, ryby z grilla, lekkie sałatki i soczyste owoce z drzewa obok. Tymczasem Gwadelupa to raczej ciężka fasola, ryż i tłuste mięcho. Potrawy smażone często na starym tłuszczu, zlepek nie wiadomo czego. Próbuję lokalnej kuchni, kreolskie dania jednak do mnie nie trafiają. Nie wiem, dlaczego tak jest. Wydawało mi się, że to idealne miejsce na świeżą, soczystą, lekką kuchnię. Gdy zmieniam wyspę, okazuje się, że na kolejnych wcale nie jest lepiej.

Combo

Ale żeby nie było, że tylko narzekam… Czasami Benoist, załogant z francuskiej łódki, z którym spędzam większość czasu na Gwadelupie, złowi piękną kolorową rybkę swoim harpunem. Czasami udaje się kupić świeże mięso na lokalnym targu. Na razie myślę jednak, że te miejsca są tylko dla wtajemniczonych, cieszę się, że powoli i mnie to dotyczy. Kilka przepisów wrzucę tu na pewno. Na kreolskie combo lub zupę rybną. Pierwsze wrażenie jest jednak okrutne: Gwadelupa to półprodukty z Francji, mrożonki, parówki w słoiku, przesłodzone dżemy, seropodobne zlepki… No wkurza to, wkurza okrutnie.

Kokosowy raj

Sytuację ratują sprzedawcy kokosowej wody, od nich dostaję do wyjadania miąższ ze świeżych kokosów. U znajomej, w ogródku, w którym pomagam, rosną papaje, mango i banany. Soczyste pomidory, sałaty i bazylia. I te smaki mam nadzieję zapamiętać. I sorbet kokosowy, tradycyjne lody na bazie kokosa…

Ludzie

Braki rozkoszy kulinarnych wynagradzają mi ludzie. Piękni, wysocy, uśmiechnięci Kreolczycy o czekoladowej skórze. Dzieci chciałabym zjeść na deser.  Mężczyźni o niesamowitej muskulaturze, nawet już ci nastoletni. A kobiety mają jak dla mnie idealne kształty, z czasem oczywiście im tych kształtów przybywa. Nie wiem czy to sprawa genetyki czy importowanego niezdrowego jedzenia.

Na Karaibach jest akurat czas karnawału. Ładnie, kolorowo, egzotycznie. Co chwilę jakaś impreza, przez cały miesiąc praktycznie.

Kreolczycy są uprzejmi, mili, pomocni. Często zapraszają do siebie, na kawę, na rum, na szklankę wody nawet. Zatrzymują się, żeby porozmawiać, ani razu nie odczułem, aby ktoś był zniecierpliwiony moim łamanym francuskim. Stoją, wpatrują się we mnie i cierpliwie próbują mi pomóc.

Kolory są wszędzie

I tak, teraz nie mam swojego super wypasionego telefonu, którym można robić równie wypasione zdjęcia. Ale nawet zwykłym kodakiem uchwyciła bym te kolory. Żywe, soczyste, intensywne. Ocean, drzewa, owoce na targu, domy, sukienki Kreolek. Jest karaibsko.

Żeglarz portugalski. Bąbelnica bąbelcowa, czyli śmiertelna zabawka.

Korki

Stanie na karaibskim przystanku i oczekiwanie na autobus jest przyjemne, ale szybko przekonuje się, że potrzebny tu będzie jakiś inny środek lokomocji. Zrzucamy się z Benkiem na skuter, aby dojechać na targ czy na plażę, i aby unikać korków. Samochodów mało, więc skąd te korki?!

Bo tu się nikomu nie spieszy, kierowcy zatrzymują się na środku ulicy, żeby porozmawiać ze znajomym. Autobusy i busy przystają za każdym machnięciem ręki, więc kto by się fatygował na oficjalny przystanek. Jeżdżę skuterem, więc ten chillout na drogach początkowo mnie przeraża, ale szybko przyjmuję tutejszy styl jazdy. Na szczęście prędkości są żadne, więc jakoś to wszystko tutaj hula…

Przeprowadzka z łódki na ląd.

Przykład: kierowca busa, którym jadę, zatrzymuje się na środku drogi, zamawia kanapkę w barze, którą nie dostaje tak od razu, kupuje wode, ucina sobie flirciarską pogawędkę z panią barową. Ktoś wychodzi po orzeszki, ktoś do toalety, a za nami kilka samochodów… I nikt się nie denerwuje, poważnie. Bo można w tym czasie też sobie wyjść, też kupić wodę albo zwyczajnie posłuchać muzyki na cały regulator…

Nikt nie trąbi, nikt nie krzyczy, wszyscy cierpliwie czekają. Jeśli ktoś tutaj trąbi, to tylko po to, aby kogoś pozdrowić. Czasami mam wrażenie, że na Gwadelupie wszyscy się znają i co chwilę kogoś pozdrawiają, z kimś rozmawiają.

Gwadelupa

Nie planowałam zostawać na Karaibach. Więc niewiele też się do pobytu tutaj przygotowałam. Ale szybko stwierdziłam, że to nawet lepiej odkrywać wyspę samemu, a nie na podstawie tego, co już ktoś kiedyś gdzieś widział, zjadł, zobaczył. Nie jest to trudne, bo internet działa jak 15 lat temu w Polsce i szybko zostaję sama sobie. Sama Gwadelupa jest bardzo europejska, w końcu to departament zamorski  Francji, i niestety te wpływy widać tu na każdym kroku.

Jeden z noclegów na dziko, w starym opuszczonym hotelu na Basse Terre.

Francuzi

Szybko przekonuję się, że Francuzi naprawdę myślą, że ich język jest międzynarodowy i na pewno wszyscy ich rozumieją. Argument, że to przecież język ambasadorów jest przytaczany bardzo często. Lubię języki obce, lubię uczyć się ich z ulicy, z kawiarni, z rozmów z ludźmi, i staram się dzielnie przyswoić francuski. Ale i tak niejednokrotnie jest mi trudno. Moje odczucia na temat Francuzów, których poznałam nie są niestety zbyt pozytywne. To ignoranci i aroganci. Podwójnie zdziwiona jest, że oni nawet nie próbują. Nie ma też tutaj informacji dla turystów w języku angielskim. Króluje francuski i już! Nie dziwi więc fakt, że na wyspie spotyka się głównie turystów z Francji, czasami z Kanady (ale i tam francuski przecież) i bardzo rzadko z USA.  No szok… Ale już Dominica czy Grenada, są zdecydowanie bardziej karaibskie i międzynarodowe niż francuskie.

Czas na zmiany. Z pięknej, ale wkurzająco francuskojęzycznej Gwadelupy, przenoszę się na angielskojęzyczną Grenadę.

Dość?

Po miesiącu, pomimo pysznych bagietek i croissantów, mam już Francuzów po prostu dość. Czas na zmiany… Ale nie z powodu Francuzów bynajmniej, tylko trafia mi się okazja przepłynięcia Atlantyku w drugą stronę. W połowie marca mamy płynąć do Europy przez Azory, a ja na tych Azorach planuję wysiadkę i chcę zatrzymać się tam na dłużej. No, mam dylemat, nie powiem. Ale obym tylko takie problemy miała podczas podróży 😉

Przed rejsem. Meksykańska pokojówka, na jednym z katamaranów The Yachting Club, którym popłynę.

Karaibski rytm

Chcę pisać o Karaibach, póki tu jestem i żyję tutejszym rytmem. Trochę się cieszę, że jadę dalej, z drugiej strony trudno stąd wyjeżdżać, bo mam jednak poczucie, że jeszcze niewiele na temat wysp wiem. Ale z pisaniem nie jest łatwo, bo się po prostu nie chce. Ale wiem też, że po powrocie, w innym miejscu, nie napiszą już o wyspie tak samo.

Grenada. Jezioro w wygasłym kraterze wulkanu.

Karaibski dzień

Najlepiej zacząć go wcześnie rano, bo jeśli nie zrobisz czegoś do południa, to później już będzie ciężko. Ciężko, bo słońce smaży, jest upalnie i duszno, nic tylko leżeć/wisieć/siedzieć i w zawieszeniu przetrwać do późnego popołudnia. Ok 17:00 zaczyna się robić przyjemnie, tzn. wystarczająco chłodno, ale niestety trwa to godzinę/góra dwie i już jest ciemno. Tak karaibski dzień trwa tutaj 12 godzin. Od 7:00 do 18:30. I o tej 18.30 ciemno robi się nagle.

Nie mam niesamowitych historii do opowiadania. Ba, na pierwszy rzut oka, moje życie tutaj może wydawać się nudne. Ale o tym też chcę napisać, że można inaczej, że tak mi dobrze. Nawet jeśli ucierpiał na tym mój blog, bo od ponad miesiąca nie napisałam nic, a przecież miałam tyle wolnego czasu.

Kury, cykady i kozy

Ale nie jest też tak, że nie robię nic. Bo cały czas jednak przyswajam sobie tutejszą kulturę i język, poznaję nowych ludzi, smaki, zwyczaje… Dużo czytam i piszę, co prawda w swoim notesie, nie na blogu… Rozmawiam z ludźmi, muzykuję, spędzam czas w wodzie i pod wodą,  praktycznie non stop na zewnątrz… słucham kur, cykad, koz, poważnie potrafię tak godzinę czy dwie przesiedzieć i wcale nie mam poczucia, że czas mi gdzieś ucieka przez palce… Przeciwnie to tutaj czuję, że ten czas się zatrzymał i teraz ma go naprawdę dużo…

Co dalej?

Moja karaibska przygoda kończy się chwilowo, czas na powrót do Europy na chwilę, a jak już będę w Europie, to pewnie podreperuję swój budżet na truskawkach znów… Ale na pewno chciałabym tu jeszcze wrócić. Na razie myślami trochę tutaj, trochę na Oceanie, a trochę na Azorach. Takie problemy… Oby tylko takie.

Do Europy wracam z polską załogą na katamaranie Zuzo 2. Dziękuję The Yachting Club.

Będzie można do mnie pisać na środku Oceanu, przez darmową bramkę sms Inmarsat.

1. Numer telefonu satelitarnego: +870776104955
2. Jedynie 160 znaków
3. Na początku wiadomości wpisujemy „A” to będzie wiadomo, że wiadomość przyszła do mnie.
4. Jeśli kredyty/bateria/warunki pozwolą to spróbuję i ja coś czasem napisać. Ale podobnie jak ostatnio, tego obiecać nie mogę, więc na wszelki wypadek się nie denerwujemy.
Do usłyszenia za miesiąc 🙂
FacebookEmail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *