Rejs przez Atlantyk część trzecia. Powrót Karaiby – Azory

Categories Blog

4:00

Czwarta rano, no za dziesięć właściwie. Kapitan puka do moich drzwi, uchyla je lekko i sprawdza czy wstałam. Zapalam lampkę nad głową… „Tak, tak…”. Nie mam budzika, nie mam telefonu, ale sen na morzu jest czujny i budzę się odrazu. Wciągam długie spodnie, bluzę, softshell, komin na szyję, czapkę wełnianą na głowę. Im dalej od Karaibów tych warstw jest co raz więcej.

Wychodzę. Rozmawiamy chwilę przy zmianie wachty, ale z tych porannych rozmów o 4:00 rano nie pamiętam zbyt wiele.

Rano wita mnie księżyc, rogal albo wielki okrągły, w każdym razie zawsze jak z bajki. Piździ i gwiździ, tym bardziej, że na katamaranie sterówka jest u góry, więc opatulam się jeszcze śpiworem. Rozciąganie, ziewanie, walczę z klejącymi się powiekami.

Dziennik pokładowy. 23 dni. 552 godzin zapisu.

5:00

Co godzinę schodzę na dół zrobić wpis do dziennika pokładowego. Kurs, prędkość, siła wiatru, stan morza, zachmurzenie itd. I ile mil do końca. Gdy schodzimy poniżej 2000, te mile przypominają historyczne daty. Więc na moich wachtach dwie wojny, rozbiory, powstania. Czasami zostaję dłużej, bo zagaduję się z Justyną, która przejmuje po mnie wachtę i wypada 1492. Odkrycie Ameryki dla Europejczyków, symbolicznie dość myślę sobie.

Wachty z Justyną i prawie jak niedziela z budyniem.

6:00

Słońce wstaje o 5:30, można zgasić światła nawigacyjne, zaparzyć kawę (mamy kawiarkę) i zrobić grzanki z serem i miodem (to połączenie zawsze nazywałam kanapką żeglarską, więc fajnie jest ją jeść na Atlantyku). Na środku Oceanu i przy wschodzie słońca to najlepsze grzanki świata.

Wachta i przemyślunki.

7:00

Rano jest też najlepszy czas na przemyślunki. Czasami odpalam czołówkę i zapisuję te swoje złote myśli jeszcze w nocy. Ale rano jednak ten umysł rozjaśnia się nieco. Załoga śpi, mi nie chce się już spać, piszę. Spisuję, co mądrzejsze myśli, ale z przerwami na spoglądanie na horyzont, bo pamiętam jednak o chorobie morskiej.

8:00

Zaczyna się wachta Justyny, a ja lokuję się w kokpicie na powachtową drzemkę. Tych drzemek i spania jest dużo, odsypiam długie karaibskie noce, ale nigdy nie jest to ciągły, spokojny sen.

10:00/11:00

Budzę się, jem drugie śniadanie, próbuję czytać i pisać, walcząc jednocześnie o utrzymanie tego drugiego śniadania w żołądku.

Pogaduchy i leżakowanie. Ale tylko w pierwszej części rejsu.

13:00/14:00

Obiad, pogaduchy (wątki przeróżne, czasami o modzie na niegolenie nóg przez młode Francuski i depilacji ciała, innym razem ambitniej o astronawigacji), kawa. To właściwie jedyny posiłek, który udaje nam się zjeść zawsze razem. W pozostałych rozjeżdżamy się z powodu pełnionych wacht. Przed 16:00 jest jeszcze czas na krótką drzemkę, żeby odpocząć przed wachtą.

Odsypianie wachty. Zawsze i wszędzie.

16:00-20:00

Wachta popołudniowa. Część mojej wachty spędzamy razem. No i wszystkie zachody słońca są moje. Aż nuda znów o tym pisać. Ale poważnie jest bajkowe niebo, zachód słońca, księżyc. Chce mi się śpiewać, skakać, latać, pływać. Płyniemy blisko równika, więc o 19:00  jest już ciemno. Z czasem zakładam na siebie kolejne warstwy.

Pierwsza część rejsu, lampa, słońce i drinki z palemką. Od lewej kpt Bolek, ja i Justyna
Wersja bliżej Azorów.

20:00

Koniec wachty. Ząbki i idę spać.

I tak przez kolejne 22 dni.

Ze zmianą wacht, bo z czasem biorę tą 8-12, a na koniec na dobitkę najlepszą, czyli 12-4 😉

Budzą Cię, a tu pierogi

Budzą Cię, a tu pierogi. Kiedyś obudzili mnie, a tu wieloryby.

Bez wielkich przygód. Może poza portugalskimi żeglarzami, delfinami i wielorybami, tankowcem, który przepływa blisko nas oświetlony jak choinka, wyznaczeniem kursu sekstansem w punkt (Justyna). Kąpiemy się też w największym basenie świata. Nie łapiemy ryb (płyniemy za szybko?), nie ma nawet spektakularnej choroby morskiej. Z czasem zmienia się kolor wody. Tu na środku Oceanu jest prawdziwy navy blue.

Gdy są daleko, skaczą wysoko do góry, zaciekawione tym, co płynie. Wiem, może to kiczowate znów pisać o tych delfinach skaczących w świetle księżyca, ale podczas rejsu, gdy każdy dzień jest taki sam, te kiczowate być może obrazki są przełamaniem rutyny.
Sargasowe serce. Ale śmierdzące niestety.
Im bliżej Azorów tym więcej śmieci. Kawałki lin, bojki, butelki…

Ale czy jest nudno? Ani przez chwilę!

Atlantycka joga.

To jedyny czas, kiedy można bezkarnie, przez 8 godzin po prostu siedzieć i myśleć. Nigdy więcej w dorosłym życiu nie będę miała takiej okazji. Taki Zazen. Just sitting. Można zawiesić się i pogrążyć w myślach na długie godziny. Myślenie to chyba jedno z moich ulubionych hooby nawet. Myślenie jest zabawne. Można też zostawić niepotrzebne myśli na dnie Oceanu. Można też dosłownie je zwymiotować. Wiatr i tak przyniesie nowe. Podczas rejsu powstaje cała długa lista nowych pomysłów.

Wachta z Chodakowską 😉

To już było

Nie będę tym razem opisywać swoich codziennych czynności, bo to już było (Rejs przez Atlantyk część druga. Wyspy Zielonego Przylądka – Karaiby). Nie jest to non stop w kokpicie jak na Air du Temps. Zuzo 2 jest sporym katamaranem (Lagoon 450), więc tutaj dzień spędzamy często osobno. Ktoś ma wachtę na górze, ktoś odsypia na dole, ktoś czyta w kokpicie. Na dobrą sprawę moglibyśmy widywać się tylko przy zmianie wacht.

Kokpit na katamaranie Zuzo 2nd. Zdjęcie ze strony The Yachting Club.

Gotowanie nie kończy się nabijaniem siniaków, mamy dwie lodówki i zamrażarki, nie kończy się gaz. Nuda. Można piec chleb, robić pierogi, naleśniki i ciasto.

Będzie chleb.

Woda bez limitu. Co 2-3 dni włączamy odsalarkę, więc nawet prysznic i pranie odbywa się w luksusowych warunkach. Ciepła woda, nie buja, możnaby z odżywką i maseczką na twarzy, ale nie wzięłam tychże akurat.

Telefon satelitarny też działa non stop. Naładowany w systemie pre paid i mogę wysyłać nawet 1 wiadomość dziennie. Całe 160 znaków, literka po literce, jak w starych telefonach komórkowych. Działa 24 h/dobę, nie ma codziennego rytuału wyciągania ręki z anteną wysoko w kierunku nieba.

Schowek na puszki i stopa kapitana.

Fotorelacje z rejsu mam dzięki Justynie, która pożycza mi swój telefon, a najczęściej sama robi zdjęcia lub zostaje operatorem kamery. Justyna, super żeglarka, a jednocześnie mama dwójki chłopców prowadzi bloga mammasailing.pl. Założony na okazję 3-miesięcznego rejsu z dziećmi po Morzu Śródziemnym w zeszłym roku, doczekał się już wpisów z rejsu z niewidomymi (wrzesień) i przeprowadzania jachtu po Morzu Północnym (październik). Zaglądajcie. Szczególnie mamy. Szczególnie żeglarki.

Najlepszy pierwszy oficer ever: Justyna „Olszówka”.

Zbieranina myśli

Wachta 27.03.2019

„W doświadczeniu choroby morskiej najlepsze jest to, że gdy człowiek czuje się podle i chce umierać z bólu, później bardziej docenia dni, kiedy czuje się dobrze. Czyli normalnie, zwyczajnie po prostu. Gdy nic nie boli, głowa nie pęka, w żołądku nie ściska. A my często o tym zapominamy, że cudownie jest po prostu czuć się dobrze, zdrowo i w pełni sił. Po przepłynięciu Atlantyku doceniam to bardziej.”

Początek rejsu był trudny. Zapomniałam już jak to jest wymiotować non stop. No wyzywałam już sama siebie od najwiekszych głupków świata, że zdecydowałam się płynąć w drugą (podobno gorszą) stronę. Ale później już tak…

„Wracam z rejsów silniejsza. Z nową czysta głową. Na nocnych wachtach zostawałam sama ze swoimi myślami. I dobrze mi z tym. Poważnie, czasami aż mi było szkoda kończyć wachtę.”

Kryzys 27.03

„Kryzys, zmęczenie, zimno, ból głowy potężny od dwóch dni. Leżę i śpię. Wstaję jedynie na wachty, pionizuję się i umieram, czekając na jej koniec.”

Ale już 28 marca

„Dzień kąpieli w Oceanie, delfiny, wieloryby, słonko i nastroje radosne. Rozmowy dłuższe i krótsze z Justyną. Dobrze, gdy na pokładzie płynie jeszcze druga kobieta.”

2 kwietnia

„Halsujemy w kierunku Azorów kolejny dzień. Gdy przez trzy dni przybliżamy się tylko o 76 mil (dla porównania wcześniej 120 mil na dobę) nastroje spadają w dół. Marzy mi się gorąca zupa, sałatka z warzywami i lody z owocami…”

Kierunek Azory

Cieszę się, że tym razem po rejsie wypocznę na Azorach. Zielono, cicho, spokojnie, przed sezonem jeszcze. Dzisiaj wiem, że każdy długi rejs coś tam jednak w głowie przestawia i później trzeba znaleźć trochę czasu na powrót do rzeczywitości.

Marina Horta, Faial.
Murale w porcie. Każda załoga obowiązkowo pozostawia po sobie ślad na falochronie.
Pierwszy bar to obowiązkowo słynny Peter’s Cafe Sport w Horcie.

Coś się kończy ale pociesza mnie to, że coś rozpocznie się znowu…

FacebookEmail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *